Od skąpca i psychicznego lenia.

   Ogarnęła mnie pewna niemoc. Nie tyle fizyczna, co psychiczna. Skąpię słów zarówno tych mówionych, jak i pisanych. Wadera dzielnie walczy o każdy strzępek informacji wydobytych ode mnie. Od lat. Dość wytrwale, jak na wyleniałą Waderę. Cóż, miało być bez prywatnych wycieczek na blogu, ale nic na to nie poradzę, że stanowi ona dla mnie tak wielkie wsparcie. Właściwie za dzisiejszy wpis możecie jej podziękować.

   Krótki raport. Rehabilitacja w toku. Ból umiarkowany, do zniesienia przy mniejszej dawce leków, niż początkowo. Chodzę, oczywiście z pomocą kul. Są to dość krótkie dystanse – ogród zamiast lasu, jednak to i tak jest dobrze. Dalej niestety musi być wózek, na szczęście rzadko wybieram się gdzieś dalej. Zero alkoholu, jak przystało na tak grzecznego faceta, jak ja. Dawka leków „na mózg” stopniowo zwiększona + uspokajacze. O tej sferze nie chcę w tej chwili zbyt wiele pisać. W dniu wczorajszym przeżyłem spotkanie z „psycholem”. To wystarczy. Żaden z nas nie ucierpiał, jednak znowu zaczęły mi drżeć ręce. W pewnej chwili poprosiłem go o wodę, którą mi przyniósł. Podniosłem szklankę do ust dwoma rękami, aby mieć pewność, że jej nie rozleję. I wypiłem połowę jednym haustem.

   Nie poddaję się, ale czuję się zmęczony. Odwiedzającym osobom dziękuję za pamięć. I cierpliwość.

Opublikowano Bez kategorii | 14 komentarzy

Powrót.

   Czasem czuję się emocjonalnym kaleką. Kaleką wykluczonym z życia zarówno zawodowego, jak i społecznego. I jest to kalectwo gorsze niż poskładany kręgosłup, czy noga. Wieczne rozpamiętywanie tego, co było oraz brak umiejętności radzenia sobie w pełni z tym, co jest nie pozwala mi w sposób należyty odczuwać szczęścia, czy radości. Tak po prostu, zwyczajnie. A przecież ostatnie dni stanowiły dla mnie bardzo pozytywne chwile. Otrzymałem wypis. Nareszcie. Po tak długim czasie, kiedy zobowiązany złożoną obietnicą i zdroworozsądkowym myśleniem tkwiłem w szpitalu myśląc, że to jest jakieś dożywocie. Ordynator nie miał już w zanadrzu żadnego „ale”, które by mnie tam dłużej zatrzymało. Wypis do ręki, kilka postanowień i z pomocą kuzynki do domu. Jeszcze nie do lasu, choć niemal natychmiast do ogrodu. Z dala od miejskiego zgiełku, z płucami pełnymi zapachu wolności. Powróciłem do znanych kątów, do moich dziewczyn (psic), własnego łóżka, w którym sen okazał się być dla mnie nieco łaskawszy. Naprawdę bardzo za tym wszystkim tęskniłem. I chyba nawet byłem nie tyle zadowolony, co autentycznie uradowany. Tak, tak, ten Czarny ponurak mimo pewnych obaw i wątpliwości cieszył się powrotem do domu. I nawet przekomarzanie się z kuzynką i jej mężem było jakieś inne. No, przecież musiałem nieco pozrzędzić („nie traktuj mnie jak pierdolonego kalekę”, „jedź szybciej”, „musisz tyle gadać, babo?”). Ale to wszystko w dość luźnej atmosferze, może czasem z pewnym grymasem podobnym do półuśmiechu (potrafię).

   Nie jestem sam, bowiem jedno z postanowień zakładało utrzymywanie stałego kontaktu z ludźmi. Po to, bym nie zdziczał w samotności. Trzymam się tego, jednak wieczorem z ulgą witam ciszę i spokój. Wyperswadowałem im konieczność pozostawania u mnie na noc, na szczęście. Wystarczą psy i obecność Wadery. A jednak, kiedy pierwsze emocje opadły wróciło zamyślenie. Nie jakiś ogromny, wszechogarniający smutek, ale pewne przygnębienie wzbudzone powrotem do rzeczywistości. Trochę zezłościłem się z tego powodu na samego siebie. O to, że nie potrafię tak zwyczajnie się cieszyć, tylko ledwo wróciłem i już zaczynam szukać dziury w całym. Nie chcąc się temu poddać powoli ruszyłem do ogrodu. Tam też spędziłem najwięcej czasu, siedząc, całkiem wygodnie leżąc, czy też oddając się zabawie z psami. Zastanawiałem się również nad tym, czy faktycznie mogę to wszystko przerobić z pomocą „psychola” (terapeuty) i żyć w miarę normalnie. Bez wiecznego bólu i lęku, może nawet czasem z uśmiechem. Nie czuć się więcej sprowadzonym do kawałka mięsa, na którym wypala się znamię. Bez przerwy, bez gojenia się ran. Zupełnie, jakby ktoś przykładał rozgrzane żelazo sprawiając ból, do którego można w pewnym stopniu przywyknąć, lecz nigdy przestać czuć ani zapomnieć.

   Z zamyślenia wyrwał mnie „dotykacz” (rehabilitant), który nieśpiesznie zbliżył się do mnie, kładąc dłoń na moim ramieniu. Zrobił to bardzo ostrożnie. Po tylu godzinach wspólnych ćwiczeń i masażu zdążył już się przekonać o tym, jak bardzo wrażliwy jestem na niespodziewane dotknięcia. Lekko drgnąłem, nie odwracając się do niego.

- Wszystko w porządku, poćwiczymy? – zapytał spokojnie, a ja zdziwiłem się, że jest już ta godzina.

- Jasne, w porządku. – odparłem już bez namysłu – Poćwiczymy.

Opublikowano Bez kategorii | 22 komentarzy

Dystans.

   Od dłuższego czasu nie czuję się najlepiej. Zmuszam się do racjonalnego myślenia. Usiłuję ułożyć precyzyjne i możliwe do wykonania plany, które będą w stanie utrzymać mnie w ryzach. Tymczasem nie potrafię zapanować nad chaotyczną gonitwą myśli i obrazów w głowie, które wytwarza mój własny umysł. I ta męczliwa, narastająca senność.

- … a to jest Tomek. – głos M. niemrawo przywołuje mnie do rzeczywistości. Wiem, znowu M., jednak cóż począć kiedy dzielimy wspólną celę. Tzn. salę.

Dopiero teraz odwracam wzrok od okna i zerkam na gościa. Młody chłopak o wyglądzie bardzo grzecznego prymusa. Nieskazitelnie ułożona fryzura, schludna koszula, okulary nadające dość dziecinnej twarzy inteligentny wyraz. Aby uczynić zadość moim nawykom rzucam jeszcze szybkie spojrzenie na czyste paznokcie oraz przyzwoite obuwie. Porządny, choć pozory mylą. Czyżby jeszcze jeden braciszek? Zdaje się, że zbyt długo przebywam już w towarzystwie M., bo odgadł moje myśli.

- Patryk to mój kuzyn – wyjaśnia.

A jednak, rodzina. Chłopak wita się ze mną bardzo grzecznie. Bez słowa wyciągam do niego rękę. I tutaj kolejny sprawdzian – nienawidzę ludzi, którzy nie potrafią uścisnąć dłoni. I prawie warczę, śnięta ryba. Nie mówię „dzień dobry”, ale spojrzenie sąsiada zdaje się tłumaczyć kuzynowi – nie przejmuj się, on tak ma. I dobrze, niech zajmą się sobą.

Sięgam po kubek z zapomnianą kawą, która zdążyła już przestygnąć i udaję, że jestem całkowicie pochłonięty lekturą rozłożonej przede mną gazety. Przyznaję, że jest to dość przesadzony kamuflaż. Kogo byłaby w stanie aż tak bardzo zainteresować Gazeta Pomorska? Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że podsuwają ludziom chłam. Same głupoty i absurdy odwracające uwagę od rzeczywistych problemów.

Mimo woli słyszę ich rozmowę. Matura. Wydaje mi się, że chłopak wygląda młodziej niż przystało na maturzystę. A może sam byłem takim dzieciakiem? Nie tak dawno temu Młody opowiadał mi o swoich studiach. Teraz z kolei na tapecie znalazły się maturalne przeżycia. To dziwne, jednak ogarniają mnie z początku niezrozumiałe odczucia. Brak czegoś. Żal. Nostalgia? Za czym miałbym tęsknić, do cholery?

I nagle dociera do mnie za czym zatęskniłem. W żadnym wypadku nie jest to dzieciństwo, szkoła, ani też okrutny czas dojrzewania. To ja sam, uboższy o 25, a może nawet 30 lat gorzknienia. Już wówczas żyłem z piętnem. Zawsze poważniejszy od rówieśników, pozbawiony pewnej beztroski i tej czystej, dziecinnej radości. A jednak mniej rozgoryczony niż teraz i mimo wszystko bardziej ufny w innych ludzi. To nawet zabawne, że przypominam sobie teraz zainteresowanie koleżanek, chyba tę roztaczającą się aurą tajemniczości i niedostępności. I złość kolegów, którym nie mogłem wytłumaczyć, że nie mam zamiaru odbijać którejkolwiek z nich. Wojtek mawiał, że urzekł go „przenikliwy wzrok intelektualisty ukrytego przed światem w zbroi z dystansu” (taki człowiek musiał mnie w sobie rozkochać). Nawet na początku służby wiele osób było przekonanych o tym, że pod nienagannym mundurem i zasadami kryje się wrażliwy i w gruncie rzeczy dobry człowiek. Stare dzieje. Zdążyłem się trochę zestarzeć, drogi z wieloma osobami rozeszły się ostatecznie. Na dobrą sprawę już niewielu pamięta mnie jako młodego i idealistycznego. Nawet jeśli tak jest, to widzą zmianę jaka we mnie zaszła. Reszta na ogół nie ma podstaw, aby podejrzewać mnie o krycie czegokolwiek więcej pod płaszczem chłodnego dystansu. To już dawno przestało stanowić moją ochronę. Teraz to jest część mnie, której nie sposób zdjąć i schować w szafie. Dawniej potrafiłem to zrobić. Myślę, że właśnie za tym zatęskniłem.

- Muszę iść do toalety. – jakże cenna informacja M. wyrywa mnie z zamyślenia – Tylko uważaj na tego pana, potrafi zagadać na śmierć, prawda?

To chyba ma być żart, jednak nawet nie uśmiecham się w odpowiedzi. Dzieciak natomiast patrzy na mnie zupełnie tak, jakby wolał udać się do toalety razem z kuzynem, niż zostać ze mną. Słusznie, ugryzę.   

Opublikowano Bez kategorii | 31 komentarzy

Dwa głosy.

   Deszcz rozpadał się milionami kropel. Wsłuchiwałem się w ten monotonny szmer podobny do odgłosu trzepotania tysięcy skrzydeł. I nagle pomyślałem o szumie należącym do zupełnie innego deszczu. Takim, który targa wszystkim, niby trzęsienie ziemi. Takim, który zamienia świat w piekło, a pochodzi jedynie od drugiego człowieka. Do mych uszu doszedł odległy pomruk burzy i zdawało się, że już czekam na to, co mogłoby wówczas nastąpić. Ogłuszająca eksplozja. Wzbijające się w górę języki ognia, który strawi wszystko na swojej drodze. Nic nie mogłoby ocaleć. I prawie poczułem swąd palonego mięsa.

***

   Wypłoszyłem go. Przyłożyłem głowę do poduszki, lecz sen nie przyszedł. Uciekł. Zamiast niego przybył do mnie niepokój. W nim szepty niedokończonych rozmów, niewyraźne obrazy w głowie. Rzucałem się w łóżku, kiedy odezwał się głos mojego rozsądku. Chłodny, opanowany.

To nie ma sensu. – nie po raz pierwszy zapewniał – Nie ma sensu się torturować.

Powoli podniosłem się. Cały spocony, w wymiętej pościeli. Cisza. Cholerna cisza. Wszyscy spali, tylko ja znowu szarpałem się sam ze sobą. Ile to już minęło bezsennych nocy, ile zdarzyło się nagłych zrywów z przyspieszonym oddechem, a nawet krzykiem?

Byłeś dzielny. – rozsądek nie dawał za wygraną.

Raczej głupi. – odpowiedziałem gniewnie.

Nie miałeś na to żadnego wpływu. Też mogłeś zginąć.

Poważnie? – warknąłem na samego siebie.

Czas już zrozumieć, że są takie rzeczy, na które nie masz wpływu.

Wstałem. Jak mam słuchać kogokolwiek, skoro samego siebie nie mogę znieść? Zachciało mi się palić i skierowałem swe kroki do toalety (nie będę przecież wędrował nocą gdzieś dalej).

   Zawahałem się, zanim opuściłem toaletę. Przystanąłem na chwilę kładąc dłoń na klamce. Robiąc to odnosiłem niejasne wrażenie, że ktoś lub coś znajduje się tuż za nimi. Zdawało mi się, że po drugiej stronie coś nieznacznie zaszurało. Kurwa, tylko nie znowu to szuranie. Znieruchomiałem. Natężyłem słuch, jednak przez dłuższy czas słyszałem wyłącznie własny oddech i bicie serca.

Coś tam jest. – podpowiedział jeden głos.

To niemożliwe. – odpowiedział ten drugi.

Jest tam… – upierał się pierwszy.

Co najwyżej jakiś człowiek.

Chcąc nie chcąc, nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. Ogarnąłem nerwowo całe pomieszczenie. Był tam. Stał w mroku wlepiając we mnie swoje wyłupiaste ślepia. M. jak Maszkara.

- Kurwa… – mruknąłem z ulgą i  pomyślałem, że rzeczywiście stałem się zbyt nerwowy. Cóż, przynajmniej to nie była wyłącznie moja schiza, wytwór chorej wyobraźni.

- O, też nie śpisz? – nie, kurwa, lunatykuję – Jest gorąco.

- Gorąco? – powtórzyłem z przekąsem – Co ty nie powiesz.

- Paliłeś? – pociągnął nosem.

Twoja spostrzegawczość mnie zdumiewa – pomyślałem. Jednak nie zadałem sobie trudu, żeby mu odpowiedzieć.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

M jak Maszkara.

   Nareszcie uciekłem. Od zabudowań, od ludzi. Przede mną rozpościerał się bardziej otwarty teren. Pola, lasy. Idź do lasu – pomyślałem – po prostu idź. Wszedłem pomiędzy drzewa i zewsząd ogarnął mnie zbawienny chłód. Las poszerzał się, to znów zdawał się zwężać. Tylko od czasu do czasu pozwalałem sobie na łyk wody widząc, jak niewiele mi jej pozostało. Późnym popołudniem poczułem głód. Właściwie to bolał mnie brzuch. Przemierzyłem jeszcze spory odcinek drogi i dopiero przed zachodem słońca zatrzymałem się na odpoczynek. Moszcząc się wygodnie pod starym dębem rozejrzałem się wokół. Ogromne słońce zwieszało się coraz niżej ponad drzewami i jego widok przepełniał mnie nieokreślonym spokojem. Rozprostowałem obolałe nogi. Na dzisiaj już wystarczy, postanowiłem. Wyjąłem z plecaka moje ostatnie zapasy. Pozostało tego niewiele – sucha już bułka, kapka wody. Skonsumowałem ją powoli delektując się jak najdłużej, następnie pociągnąłem łyk wody. Resztę zostawiłem na później, jakieś sześć, może siedem łyków. To nie było zbyt wiele, jednak pomyślałem, że wystarczająco, bym nie umarł. Przez moment przeszła mi przez głowę niedorzeczna myśl, że idąc bliżej tamtych domów z łatwością zdobyłbym więcej picia i jedzenia. Nonsens, przecież uciekałem od ludzi. Zerknąłem nieco dalej. Sosny, pod nimi powinno być lepiej, bardziej miękko. Wyjąłem mój wierny, wysłużony śpiwór. Od ziemi ciągnie. Na rozpalanie ogniska nie było odpowiednich warunków.  Czułem się taki zmęczony i śpiący, że właściwie wszystko było mi jedno. Wiedziałem, że o świcie wyruszę dalej. I w końcu się najem. Popatrzyłem w niebo nade mną. Dokądkolwiek człowieka rzuci los, ono jest takie samo. Ciemniejąc nocą niezmiennie nasuwa wspomnienia jego uśmiechu, ciepła i blasku ognia odbitego w szczęśliwym spojrzeniu. A teraz zostałem sam ze świadomością tego, że straciłem go i nie mogłem pojawić się nawet na pogrzebie. Coś we mnie musiało umrzeć. Dziura ziejąca chłodem. Przekręciłem się na bok zwijając w kłębek, aby się nieco ogrzać.

  Musiałem zasnąć. Obudziłem się w ciemności, z kompletnie zdrętwiałą nogą. Zdawało mi się, że tuż obok mnie poruszało się jakieś zwierzę. Ostrożnie, delikatnie. Może sarna? Zaplątałem się w śpiworze i zajęło mi dłuższą chwilę zorientowanie się, gdzie się znajduję. To nie śpiwór. Nie las. No, i nawet nie sarna. To tylko M. nieudolnie usiłujący w miarę bezszelestny sposób przedostać się w kierunku toalety.

- Gdzie łazisz… – mruknąłem zaspany – Mamusia kazała już spać.

Przestraszył się. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie całkiem zdumiony. W końcu wymamrotał dość nieskładnie, że przeprasza, nie chciał mnie obudzić. Oczywiście, że nie chciał. To tylko mój czujny sen. Podniosłem się, by zaczerpnąć nieco wody. Uff, całe 1,5 litra. Rozmasowując obolałą nogę pomyślałem tylko jeszcze o tym, że nigdy nie widziałem tak pokracznej sarenki. Maszkara. Uśmiechnąłem się pod nosem.  

Opublikowano Bez kategorii | 20 komentarzy

Chęć powrotu do materii.

Trwałem w bezruchu z otwartą książką przed oczami. Mogłoby się zdawać, że całkiem bezmyślnie, choć co jakiś czas przekładałem strony. Zatrzasnąłem ją dopiero wtedy, gdy zaczął morzyć mnie sen. Zupełnie, jakbym chciał tym niespodziewanym hałasem przegonić narastające znużenie. Nie pamiętałem dokładnie jej treści, ani nawet myśli, które w trakcie czytania przemykały przez moją głowę. Często jednak okazuje się z czasem, że ni stąd, ni zowąd przypominam sobie pewne informacje, choć nie jestem w stanie uzmysłowić sobie skąd one pochodzą. Nasz umysł jest jednak kopalnią wiadomości, wśród nich śmieci co niemiara.

Odłożyłem książkę na bok i podreptałem na nikotynowy spacer. A mówią, że palenie jest niezdrowe, kiedy mam dzięki niemu dodatkowe przechadzki. Jeszcze mała kawa i toaleta. Myjąc dłonie zerknąłem w lustro i uderzyło mnie zmęczenie. Nawet nie zapytałem już dlaczego. Jaki miałoby sens szukanie odpowiedzi na to samo pytanie, na które inni przede mną od zawsze jej szukali i dotąd niczego nie znaleźli. Każda potencjalna odpowiedź prowokuje kolejne pytania. W efekcie im człowiek więcej wie, tym bardziej druzgocąca staje się jego niewiedza. Czasem nawet podejrzewam, że głupiec żyje i umiera szczęśliwszy, również nie mając pojęcia po jaką cholerę.  

Właściwie człowiek już na samym początku jest ogarnięty przerażeniem. Nagle traci bezpieczną ostoję i trafia do tego kurewskiego świata z wielkim płaczem. Może gdyby potrafił mówić, też by od razu zapytał – dlaczego. W przyszłości ten sam człowiek umrze nie uzyskawszy na to pytanie odpowiedzi. Zerkając z rezygnacją we własne oczy pomyślałem, że tego sensu zwyczajnie nie ma.

I tu – znowu nie wiadomo skąd i jak – przypomniało mi się coś, co napisał kiedyś Emil Cioran. Naturalnie nie posiadam w pamięci cytatów wszystkich i wszystkiego, jednak dość szybko odnalazłem to, co nasunęło mi się na myśl. Choć właściwiej ubrane. „Życie to bunt w trzewiach materii nieorganicznej, tragiczny zryw inercji; życie to drobina ożywionej i – musimy to powiedzieć – zrujnowanej przez ból materii. Z tej szamotaniny, z tej dynamiki i zaaferowania wyrwać się możemy tylko tęskniąc do bezruchu materii nieorganicznej, do ukojenia gdzieś w głębi pierwiastków. Chęć powrotu do materii jest samym sednem pragnienia śmierci.”

I tak. Czasem jest we mnie pragnienie zanurzenia się w tym, co ostatecznie i nieuniknione. Jak dotąd nie poszedłem i nie strzeliłem sobie w ten durny łeb napchany śmieciami, choć chłód stali na skroni nie jest mi obcy. Myślę o tym w sposób spokojny, opanowany. Zdaje się, że ten sam autor, co wyżej, pisał też, że gdyby nie myślał o samobójczej śmierci, to by się zabił. Coś w tym jest.

Opublikowano Bez kategorii | 15 komentarzy

Tęsknię, tak po prostu.

   Chciałbym móc odnaleźć słowa, które będą w stanie oddać w subtelny sposób moją tęsknotę, ten jakiś niezrównoważony smutek, melancholię. Tymczasem leniwe myśli niemrawo tłuką się po głowie, zupełnie jak te ospałe muchy uderzające w szyby. Jedna jest głupsza od drugiej i jeszcze bardziej posępna, rozbijają się na końcu nie osiągnąwszy zrozumiałego kształtu. I z każdą chwilą czuję narastający we mnie ból. Ból, który wcale nie przemija. On tkwi zagnieżdżony wewnątrz czaszki, nie pozwalając się w żaden sposób uśmierzyć. Wwierca się głęboko, swoim tępym bólem mącąc spokój. Tylko po to, by nocą ponownie wybuchnąć oblepiającym udręczone ciało potem. Z czasem uwierają nawet te dobre wspomnienia. Zdaje się, że składam się jedynie z przeszłości. Gonię wówczas zmęczonym wzrokiem po sali w poszukiwaniu choćby dawnego cienia. I nie ma go nigdzie. Dzieli nas przestrzeń, nic więcej – tak mówiłeś. A ja byłem przekonany, że niebawem znowu się spotkamy. Czy tym razem będzie tak samo? Tęsknię. Już nie uciekam, jednak wciąż tęsknię, nie odnajdując piękniejszych słów. Każdemu wolno tęsknić. A może wpadniesz do  mojego snu. Tak po prostu, bez powodu, żebyśmy mogli być znowu razem.   

Opublikowano Bez kategorii | 6 komentarzy

Cudze nieszczęście, a cieszy.

   Nie mogła mieć wiele więcej niż pięćdziesiąt pięć lat, choć włosy miała całkiem siwe. Siwe, ale zdaje się, że prosto od fryzjera. Do tego ten jakoś staromodny żakiet. I buty. Nazwijcie to zboczeniem, jednak to właśnie one stanowią jeden z elementów, na które zwracam uwagę. Nie chodzi wcale o ich jakość, czy kolor, przede wszystkim o to w jakim są stanie. Czyste. Żaden ze mnie ekspert w dziedzinie mody i to jeszcze damskiej, jednak wydało mi się, że dziwnie się postarzała swoim strojem. Kurwa, pomyślałem, faktycznie nudzę się w tym szpitalu, skoro zaczynam lustrować wygląd jakiejś obcej baby. Niech ma na sobie choćby worek po kartoflach. Byle nie nago, jeśli nie jest przystojnym mężczyzną.  Uhm, widziałem ją po raz pierwszy, ale wystarczyło, że się odezwała i wszystko stało się dla mnie jasne.

- Robaczku! – rzuciła na wstępie i dopadła mojego sąsiada M. całując go w czoło.

On się skrzywił, a ja uśmiechnąłem pod nosem. Przypomniały mi się misie-srysie, kocury, słoneczka i te inne, ale kto mówi „robaczku” do chłopa po trzydziestce? Kobieta nie w tym przedziale wiekowym (choć różnie to bywa), zatem pewnie mamuśka. Tak mi ją zresztą wkrótce przedstawił, zakłopotany. Ja pierdole, zabiłbym chyba matkę, gdyby tak do mnie wystartowała. O ile oczywiście jeszcze by żyła i o ile pozwalałaby sobie na podobne czułości przy obcych ludziach. Ale ona nie pozwalała sobie nawet w dzieciństwie i na osobności. A do takiego starego konia? Przywitałem się grzecznie, choć wolałbym spierdalać stamtąd, choćby na papierosa. Niedawno wróciłem ze spacerowania i nie powinienem, tłumaczyłem sobie jak dziecku. I zostałem. Mimo woli słyszałem o czym rozmawiają, ale starałem się nie słuchać. Gadała i gadała, a on dla odmiany się zamknął. Przedtem żeby uciszyć tego marudę musiałem odezwać się ostrzej. A tu proszę, wystarczy mamuśka. Przypomniałem sobie, jak kiedyś, dawno temu moja matka miewała jakieś takie rodzicielskie napady i czuła się zobowiązana jebnąć mi wykład. Chyba, żeby poczuć się lepiej, że ze mną rozmawiała. Jak stary wpadał wkurwiony do chałupy, to mu powiedziała, że to nie jest jej wina, tłumaczyła mi, z kolei on oznajmiał, że przecież jestem debilem. I wytłumaczył po swojemu. Ani jedno tłumaczenie, ani drugie nie skutkowało, być może faktycznie jestem kompletnym debilem. Zwykle wyłączałem się podczas kazania i podobnie jak teraz słyszałem nie słuchając, a myślami błądziłem zupełnie gdzie indziej. Czasem udało jej się mnie na tym przyłapać, padały wówczas pytania – co o tym myślisz, albo zupełnie już wkurwione – czy ty mnie w ogóle słuchasz. Z czasem nauczyłem się jakoś z tego wychodzić cało. Przytaknąć kobiecie głową, jak trzeba było przeprosić, ale akurat się zamyśliłem, niech powtórzy ostatnie zdanie. I tyle było z podobnego wykładu. Bab nie lubię słuchać do dziś (Wadera to jakieś „dziwadło” takie ; ) ). A stary… Cóż, wiadomo. Moje ciało może cokolwiek zapamiętało, natomiast głowa tylko tyle, że skurwiel powinien w końcu zdechnąć. Tak też się stało.

   Otworzyły się z impetem drzwi i do środka wpadł ktoś jeszcze. Teraz zrobiło się ciasno i to dosłownie, bo facet ledwo mieścił się w futrynie. Właściwie pomyślałem, że to głowa doczepiona do karku. Młodszy braciszek, jak się później okazało. Wygląd dość groźny, ale też kobiecie mamusiował. Nawet przeprosił za słowo „kurde”. Aż mnie się wyrwała kurwa, głośniej niż zamierzałem. Mamuśka spiorunowała mnie spojrzeniem, za to braciszkowie zerknęli jakoś życzliwiej, choć w milczeniu. Wkurwiał mnie ten cały M., ale w tym momencie zrobiło mi się go nawet żal. No, właściwie całkiem biedny ten maminsynek, to musi być straszne i nic dziwnego, że marudzi. Skromne przekleństwo wyrwało mi się niechcąco, ale skoro już tak, to całkiem świadomie zerknąłem na nią w sposób dość prowokujący. I pouczyła mnie, a jakże, chociaż na jej synka byłem za stary.

- A co mi tu, kurwa, pani zwraca uwagę. – mruknąłem, dodając „panią”, żeby nie było, że wyzywam ją od kurew – Synkowie dorośli i zdaje się, że pani też. A ja można rzec, u siebie.

- Chamstwo, tak przy kobiecie!

- Ja pierdolę.

Nic dodać, nic ująć. Dziecko mi powiedziało, że nic się nie stanie, jeśli jednak na chwilę wstanę.

- Jednak skuszę się na małą kawę. – zwróciłem się do sąsiada ignorując zbulwersowaną mamuśkę – Chcesz coś?

- Nie, dziękuję… – ależ nieśmiało.

- To zobaczę, czy mają melisę dla pani.

   Wyszedłem dość powoli. Właściwie bardzo powoli, jak to „pierdolony kaleka”. Mimo to wciąż jeszcze słyszałem na korytarzu jej podniesiony głos oraz cichuteńkie próby uspokojenia przez jednego, czy drugiego synalka. Niedobry jestem, pomyślałem. I uśmiechnąłem się w duchu, razem z moim dzieciakiem. Skoro już kawa, której nie powinienem, to dla niego (dzieciaka) coś słodkiego. A oni niech się stresują.

Opublikowano Bez kategorii | 10 komentarzy

Sprzeczność.

   Nie tak dawno temu, stojąc z nagim torsem przed lustrem szpitalnej łazienki, powziąłem trzy postanowienia. Po pierwsze – zacznę się systematycznie golić, do czego podobna jest taka zarośnięta morda? Skoro wewnątrz ma być lepiej, to i z zewnątrz należy ogarniać. W zamyśleniu gładzę się po twarzy. Gładka, wykonane. Po drugie – ani na moment nie odpuszczę rehabilitacji. Uhm, pokonując własne lenistwo i ból zawzięcie ćwiczyłem. Poczyniłem pewne postępy, przynajmniej tak mówią. I faktycznie, poruszanie sprawia mi mniej problemów, a wózek towarzyszy jedynie na dłuższych dystansach. Ale teraz? Przymusowa przerwa, ponieważ nasilił się ból. Nie jestem z tego zadowolony, jednak cierpliwości (żebym ją, kurwa, jeszcze miał). To wymaga sporo pracy. Po trzecie – muszę jednak jeść. Mniej kości, więcej siły, by się jakoś poturlać dalej. Szału nie ma, schudłem kolejne dwa kilogramy. Zdecydowanie do poprawy. Zerknąłem też na własne blizny. Wróciły znane emocje. Rozpierdoliłbym lustro tak, jak te znajdujące się w moim domu. Tymczasem myślę jeszcze na tyle racjonalnie, że uderzyłem jedynie pięścią w ścianę. Mocno.

   Dzisiaj przepełniają mnie sprzeczne uczucia. Pragnienie spokoju zdaje się wypierać tę nieśmiałą potrzebę bliskości. Narastająca chandra i z każdym dniem coraz większa agresja. Powraca również bezsenność. Chciałbym też zatopić się w ciszę, której nie przerywa odgłos ulicy. Chwila ukojenia została odnaleziona jedynie we wspomnieniu odległych dni oraz zburzonych już ostoi. W moich myślach pojawiają się również miejsca, do których jeszcze tak niedawno lubiłem uciekać.   Tamte miesiące spędzone w niemal spartańskich warunkach, na łonie natury uszczęśliwiały mnie. Niewielki kontakt z cywilizacją. Brak ludzi. Nawet jeśli takowi się trafiali na mojej drodze, nie rozpoznawali mojej twarzy, ani sylwetki. Miałem spokój.

   Dość ucieczek, to przecież już ustaliłem. A nawet obiecałem – danego słowa należy dotrzymać. Zastanawiam się jednak skąd ta złość we mnie. Jasne, siedzę z dupą w szpitalu i zwykła rehabilitacja staje się czymś trudnym, mam prawo się wkurwiać. Zapewne dobrze zrobiłby mi zastrzyk adrenaliny. Jednak jest coś jeszcze. Potrzeba wyciszenia. Izolacji. Nawet od bliskich. Zdaje się, że oni tego nie rozumieją. Podobnie, jak nie wiedzą, że moja niechęć do kontaktu z kimkolwiek nie oznacza wcale tego, że ich nie dostrzegam, czy mnie już nie obchodzą. Przeciwnie. Wszakże po każdej wędrówce – ucieczce, wracałem do ludzi. Tym razem również ich potrzebuję. W walce z własnymi słabościami może nawet bardziej niż dotąd. Potrzebuję i nie chcę zarazem, to właśnie cała moja pokręcona psychika.

Opublikowano Bez kategorii | 5 komentarzy

Zmartwienia „tatusia”.

   Wciąż jeszcze drzemałem, kiedy ktoś nagle wpadł do sali i mnie obudził. Dokładnie tak, ostatnimi czasy cholerny ze mnie chwalipięta, a tu proszę – popełniłem grzech spania w ciągu dnia. I sam nie wiedziałem kiedy, jak. Niezmiernie powoli, półprzytomny usiadłem i tępy ból przeszył moje skronie. Znowu przypomniałem sobie doskonale znane uczucie podobne do kaca i zapragnąłem zwilżyć usta, choć naturalnie od dawna nie miałem okazji się nachlać. Może to wina prochów, może suche powietrze szpitalne. Wiedziałem tylko o tym, że ta drzemka nie była dobrym pomysłem. Cóż, najwyraźniej nie mogłem się powstrzymać. D. coś do mnie mówił, a ja starałem się zrozumieć o co mu chodzi.

- Ogłuchłeś, czy całkiem zgłupłeś?

- Jedno i drugie – odparłem, myśląc, że faktycznie po latach słuch nie ten, ale tym razem to chyba jednak „zgłupłem” – O co chodzi?

- Przecież twoja komóra wydzwania! – zawołał zniecierpliwiony, zupełnie jakbym był kompletnym idiotą, tak się zresztą w tej chwili czułem.

Faktycznie, wyciszony wibrował. Oczywiście nie zdążyłem odebrać. Wciąż ospale zerknąłem na wyświetlacz i machinalnie się rozbudziłem. Jedenaście połączeń nieodebranych. Od Młodego. Znowu zalała mnie fala niepokoju, który dręczył mnie już od dłuższego czasu. Zdaje się, że niejasne przeczucie czegoś niedobrego pojawiło się jakoś w nocy z piątku na sobotę. Powiedziałem zresztą wówczas Waderze, że nie wiem dlaczego o nim pomyślałem. Naturalnie początkowo złożyłem to na karb zmęczenia, stresu tą cholerną wizytą, szpitalną nudą sprzyjającą wymyślaniu głupot, aż w końcu uzasadnionym przewrażliwieniem oraz obawami wywołanymi tę jego nieszczęsną próbą samobójczą. Kiedy zaczął stosować dziwne uniki doszedłem do wniosku, że muszę się przekonać, czy jest się czym martwić, czy też nie. Początkowo miałem zamiar zastosować jawny szantaż (przyjeżdżaj, albo sam się wypiszę ze szpitala i przyczłapię), potem pojawił się pomysł podstępu (a kto mnie wyprowadzi na dwór na spacer?), w końcu jednak po prostu kazałem mu przyjść (masz przyjść i chuj). Czyżbym jednak nadal odczuwał potrzebę wydawania rozkazów? Nie wiem, grunt, że ta metoda zawsze okazywała się skuteczna. Aczkolwiek jeśli wydzwaniał, to może jednak nie…

- Co oni tobie dają, ci twoi psychole? – D. wyrwał mnie z zamyślenia, jego słowa zdawały się być nieco kąśliwe, ale ton głosu nie – Też to chcę, jak tylko wrócę do starej.

Byłem zbyt pochłonięty myślami o Młodym, by mu odpowiadać. Spojrzałem jeszcze na godzinę. 14:04 (cholera, przespałem niespełna dwie godziny), powinien być już na miejscu. Nie zastanawiając się dłużej oddzwoniłem do niego. Jak się później okazało, całkiem niepotrzebnie opierdalając go na wstępie, że nie chcę słyszeć  żadnych wymówek. Usłyszałem jedynie nieśmiały głos tego chłopca – i cholera, jak tu nie myśleć o nim inaczej niż o dzieciaku z miną zbitego psa – że jest już w szpitalu. Ale przyjdzie pod warunkiem, że nie będę zły. Kurwa, gówniarz stawia warunki, pomyślałem, jednak szybko opamiętałem się. Skoro obawia się przyjść, to jednak przeczucia mnie nie myliły. Obiecałem, że nie będę na niego zły, choć nie bardzo wiedziałem, czy słusznie.

***

   Chwyciłem go za ramię. Uścisk był chyba dość bolesny, bo się nieznacznie skrzywił. Cholera, a może tam również kryją się jakieś sińce – pomyślałem i krew mnie zalała. Dowiedziałem się, że ktoś zrobił mu krzywdę i to było powodem unikania odwiedzin oraz wymuszeniem tej dziwacznej obietnicy. W jednej chwili moje postanowienie, że postaram się patrzeć na niego trochę bardziej jak na dorosłego człowieka odeszło w zapomnienie. To wciąż ten sam dzieciak, który mając niespełna 16 lat wyjawił mi w tajemnicy i wielkim lęku, że chyba jest gejem. Ten sam, którego czasem karmiłem, przytulałem, patrzyłem jak zasypia na kanapie, by potem wziąć na ręce i zanieść go do cieplejszego łóżka. Ten sam, który miał mnóstwo problemów w domu. Wyznawał mi swą miłość, z jakimś młodzieńczym tragizmem. Kurewko nastraszył samobójczą próbą. Tyle lat, jednak znowu był dla mnie tym samym dzieciakiem, którego ktoś skrzywdził a ja nie umiałem przejść obok tego obojętnie.

- Złamiesz mi rękę… – w końcu nieśmiało szepnął, a ja rozluźniłem uścisk.

- Sorry – mruknąłem – Ale powiedz mi, jak to cię, kurwa, pobił? Kto? Jakim, kurwa, prawem?

- Obiecałeś…

- Jasne, kurwa, obiecałem. – skinąłem z westchnieniem głową – I nie jestem na ciebie zły. Jestem zdenerwowany na tego, kto cię skrzywdził, rozumiesz?

Właśnie opowiedział mi urywanymi zdaniami, że jakiś skurwiel użył wobec niego przemocy tylko dlatego, że odmówił mu seksu. Byłem zdenerwowany i można było to zrozumieć. A właściwie to  wkurwiony, jak chuj – pomyślałem. Dobrze, że wyprowadził mnie na dwór, bo zachciało mi się palić.

Czym się tak wkurwiasz? – zapytała mnie jakaś chłodniejsza część mojego umysłu, bo Młody już tylko milczał wpatrując się w ziemię.

Tym, że on znowu cierpi. – odpowiedziałem sobie – Właśnie tym.

Naprawdę, tylko tym?

Nie wiem.

Co z tobą, Czarny, tęsknisz za adrenaliną? Zaczyna ci odpierdalać, głupku?

Nie. Chcę mu pomóc i czuję się w tej chwili bezradny. To mnie wkurwia, idioto.

Uhm… Poważnie? Biedaczek.

Spierdalaj, kurwa.

- Tomek, palisz filtr… – moją wewnętrzną kłótnię nieśmiało przerwał Młody, i dopiero wówczas spostrzegłem, że rzeczywiście już wypaliłem. A niech tam, wyciągnąłem drugiego.

- Jeśli on cię jeszcze raz dotknie, jeśli ktokolwiek cię dotknie nie tak, jak trzeba – usłyszałem własny głos – to ja go zajebię, kurwa. Rozumiesz?

Jego mina mówiła – jestem bliski płaczu. Ten sam uszczypliwy głos podpowiedział mi, żebym go już bardziej nie straszył. Tak też zrobiłem. Nic więcej nie powiedziałem, tylko objąłem. Pewnie nieco niezdarnie, ale i tak się przylepił.

***

   Emocje opadły, choć agresja nadal się wzbiera, jeśli tylko zaczynam się zbyt mocno nakręcać. Uhm, może choć w niewielkim stopniu uda się ją wyładować podczas codziennych ćwiczeń. Myślę, że to prawda – ani nie mogę go przed wszystkim i wszystkimi chronić do końca życia, ani nawet nie dałbym rady. Przede wszystkim nie powinienem. Musimy porozmawiać już spokojniej, ja bez zbędnych nerwów, a on bez strachu – a co powie Czarny. Razem coś ustalimy. Oczywiście, rozkazywanie jest o wiele łatwiejsze, jednak posłucha mnie bez przekonania, może nawet z lękiem. Chciałbym, żeby to on sam pewne rzeczy postanowił, wciąż brakuje mu tej samodzielności. I kto by pomyślał, że zrobi się ze mnie taki „tatuś”.

 

Opublikowano Bez kategorii | 18 komentarzy