Z mroku.

(Jakoś w lutym)
Nie chciałem gości. Nie chciałem, by ktokolwiek wdzierał się do mojego świata. Oglądał mnie w takim stanie. Czasem czułem obecność Wadery, jednak nawet przed nią się wzbraniałem. Później coś się zmieniło. Nie dawano mi spokoju. Ktoś wciąż przychodził. Siadał obok, czasem kładł się, choć nie reagowałem wcale. Nie życzyłem sobie tego. Życie bez ciepła, w głębokim mroku wydało się być bezpieczniejsze… Czułem się zbyt obolały.

(Jakoś w kwietniu)
Nadal nie dawano mi spokoju, chociaż nie byłem – i nie jestem – im potrzebny. Na początku zachowywali się tak, jakby to zrozumieli, pozwolili mi leżeć w spokoju. Z czasem coraz rzadziej. Mimo prób odpierania ciepła trudno było się skoncentować na czymś innym. Ciągnęło do rzeczywistości. Kobiece ciepło szybko zastępowało inne. Najłatwiiej było się oprzeć ciepłu Młodego, bo on też przeze mnie cierpiał. Najtrudniej bratu. Ten bywał najrzadziej, a jednak oddziaływał najsilniej. Nie musiał nic mówić, a ja nie musiałem sprawdzać, by wiedzieć, kto przyszedł. Inni próbowali ze mną rozmawiać, jednak łatwiejsze okazało się czytanie książek. W większości nie słuchałem tego, czasem jedynie zaczynałem tęsknić.

(Maj)
Spośród wielu niezrozumiałych słów zacząłem pojmować sens.
-”Silny nie bał się słabszego, a słaby nie ustąpił silniejszemu. Skarżyć nie wolno, odegrać się wolno (…)”
Po raz pierwszy odwróciłem twarz ku osobie zakłócającej mój spokój.
-”Boso, ale w ostrogach”… – wychrypiałem.
- Tak! – na twarzy Młodego zdumienie zmieszane (chyba) z nadzieją – Poczytać ci jeszcze?

(Czerwiec)
Wychyliłem się z mroku. Ciepło ogrzewa wątłe ciało wystawione na promienie słońca. Po raz pierwszy od miesięcy. Gdzieś do głębi przedzierają się pojedyncze iskry. Wciąż chłodno, wciąż daleko. Jednak jestem, piszę.

Opublikowano Bez kategorii | 7 komentarzy

18.06.2017r.

Żyję.

Bardzo krótko, choć jestem winny wyjaśnienia. Nie mam na nie sił.

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

24.12.2016r.

   Wigilia. Jakże nienawidzę tego czasu. Jestem w domu na przepustce i zastanawiam się w jaki sposób to przeżyć, żeby w ogóle przeżyć. W głowie majaczy mi coraz bardziej natrętna myśl o wódce. Naturalnie mam świadomość, że tego mi nie wolno. Siedząc z moimi psicami zatapiam palce w ich miękkiej, ciepłej sierści i to mnie nieco wycisza. Tak mi ich brakowało. Wierne, kochane… Przenoszę wzrok na krzątających się w pobliżu ludzi i mimowolnie zaczynam o nich myśleć z niechęcią. Są jak rak, który rozprzestrzenia się, niszczy, zabija. I szybko stopuję samego siebie. Jaki rak, kurwa? To jest kuzynka, która stara się jak może, żeby w domu było przyjemnie. I brat, specjalnie wziął urlop, żeby wcześniej przyjechać i wszystko przygotować. Jego narzeczona wcale nie musiała mu pomagać i znosić jakiegoś ponuraka. I Młody… Przecież już tu jedzie, żeby się ze mną zobaczyć zanim pojedzie z matką do swojej rodziny. Jaki to jest rak? Przypominam sobie, że Wadera (wstrętna baba) kazała myśleć o tym, co dobre. Oni stanowią dla mnie to coś niezaprzeczalnie dobrego… Nawet jeśli nienawidzę tej całej szopki. Z tą myślą podnoszę kości z fotela i pytam, czy kaleka może im w czymś pomóc. Chyba są zadowoleni, że w końcu się ruszyłem.

   Zaglądam też do Was i pewnie powinienem napisać jakieś życzenia, czy coś. Ale pierdolę, trochę mnie znacie. Życzenia nie są moją specjalnością, świąt nie lubię, nie mam potrzeby świętować urodzin jakiegoś Żyda. Jeśli komuś życzę dobrze, to czynię to bez specjalnej okazji. A resztę ścierwa niech trafi szlag, bez zbytecznej obłudy. Dzięki, że jesteście. Pozdrawiam ciule.

Opublikowano Bez kategorii | 19 komentarzy

Zwyczajnie popieprzony.

- … bo ja już w sumie nie wiem.

- Czego nie wiesz? – zapytał „Psychol”.

- Jestem nienormalnie normalny, czy może raczej normalnie nienormalny?

- Hm… – zmarszczył brwi – Mogę odpowiedzieć na to pytanie prywatnie, nie jako twój lekarz?

- Mhm.

- Ty jesteś po prostu popieprzony. Tak zwyczajnie.

***

     Czas upływa zaskakująco szybko. Nie odczuwam pobytu w szpitalu tak dotkliwie, jak się tego spodziewałem. Owszem, na początku było ciężko. Nadal nie jest lekko, w końcu psychiatryk to nie są wczasy, a ja pracowałem na ten stan od dzieciństwa. Nie mniej jednak zaaklimatyzowałem się w miarę możliwości i przestałem uciekać, choć wciąż jeszcze wymykam się bliskim osobom. Jestem stabilniejszy mimo wracających lęków, zamiast agresji wybieram rozum. Śmierć A. stanowiła dla mnie niezłą próbę. Bolała… Wciąż boli. Straciłem przyjaciela, jednak nie poszedłem w dawne schematy – jasne, że bym się nachlał, a potem znalazł w jeszcze głębszym dole. Tymczasem przeżywam to tak, jak należy, na trzeźwo. Myślę, że A. ucieszyłby się z tego, zawsze przywracał mnie do porządku… Zresztą, nie tylko on. Ostatnio uczę się panować nad emocjami tak, by nie trzeba było mnie do niczego przywracać. Ba, odstąpiłem nawet izolatkę bardziej potrzebującym.

     Jestem tamtejszym weteranem, jednak E. przebywa na oddziale od niedawna. Od początku wyraźnie szukał zwady (i skąd ja to znam…?) Kręcił się, zaczepiał. Tamtego dnia większość pacjentów zebrała się w stołówce. Siedziałem nieopodal reszty, nieco na uboczu i jak zwykle w milczeniu obserwowałem otoczenie. Tak było w porządku – nikomu nie przeszkadzałem, nikt też nie przeszkadzał mnie i mogłem w spokoju siorbać herbatę. Dopóki nie pojawił się E., który wpadł jak poparzony.

- Co tu się, kurwa, dzieje?! – zawołał omiatając wszystkich wściekłym spojrzeniem. Zatrzymał wzrok na mojej osobie. Najwidoczniej kaleka wydał mu się stanowić najlepszy cel. – Patrzysz na mnie, kurwa.

- …

Nie byłbym sobą, gdybym nadal mu się nie przyglądał.

- Nie wkurwiaj mnie!

- …

Wciąż milcząc spiąłem się nieznacznie. Przełknąłem pojawiające się w głowie wulgaryzmy, jednak pozostałem w gotowości. Tymczasem E. popełnił błąd chwytając mnie za ramię. Zadziałał odruch bezwarunkowy – pchnąłem go tak gwałtownie, że natychmiast stracił równowagę i upadł na podłogę. Nawet jeśli nie jestem w szczytowej formie, gniew zawsze dodaje wystarczająco sił, by na przykład rozpierdolić mu głowę. Przez moment nawet wyobraziłem sobie, jak chwytam ją i uderzam o ścianę. Zobaczyłem pękającą skórę, kość wgniatającą się w mózg, krew. Dużo krwi. Zamknąłem oczy. Spokój, nakazałem sam sobie, pamiętaj o przepustce.

- Panie Tomku! – reakcja natychmiastowa, jednak już zbyteczna, gdyż znowu patrzyłem spokojnie – Co znowu, spokojnie…

- Ale to nie Szczurek – usprawiedliwiono mnie zanim zdążyłem zareagować – Ten facet jest agresywny.

- I potknął się, niezdara… – dodałem.

- Czy to prawda? – zwrócił się do E., który już zbierał się z podłogi dziko sapiąc.

- Jaki, kurwa, agresywny! On na mnie patrzył, kurwa, on mnie uderzył! Ja go, kurwa… Zajebie skurwysyna!

- Szczurek, zdaje się, że gość zajmie twoją klatkę.

- I chuj – mruknąłem – Niech idzie.

***

     I jestem na przepustce. Za każdym razem kiedy tu jestem zdaje mi się, że wszelkiego rodzaju bodźce atakują mnie ze wszystkich stron. Życie toczy się inaczej, chyba normalnie, bez szpitalnej kontroli. Są odwiedziny, śmiechy, rozmowy – ale przede wszystkim mnóstwo uczuć i emocji, które ostatnio odczuwam intensywniej. I zaraz słyszę w głowie odwieczne pytania – co teraz czujesz, co myślisz? Nie wiem, czuję się jakbym przerzucił się z czarno-białego filmu na kolory. Oczywiście świat nie ocieka barwami tęczy, jednak gdzieś zaczynam dostrzegać cieplejsze odcienie, nie tylko szarość. Czasami sprawia mi to przyjemność, innym razem stresuje, bo jest obce. Dzisiaj jednak cieszę się, że jestem w domu razem z psicami oraz tymi niezdiagnozowanymi wariatami. Chętnie też zajrzałem tutaj. Dziękuję, że o mnie pamiętacie.  

Opublikowano Bez kategorii | 18 komentarzy

.

   W mojej głowie rozległ się krzyk, który narastał, to znów cichł. Zbudziłem się gwałtownie i usiadłem prosto. Minęła dłuższa chwila zanim uświadomiłem sobie, że to wycie jest tylko wiatrem za oknem. Zdawał się być on przerażająco znajomy i wdzierał się do mojego umysłu. Odrzuciłem pościel, mimo zimna byłem mokry od potu. Kilka głębszych oddechów. Tępy ból głowy powoli ustępował i dochodziłem już do siebie. Żaden krzyk, co za głupstwo. A jednak już wtedy po raz pierwszy poczułem, że coś jest nie tak, że coś się stało. Czułem to, choć nie mogłem tego wiedzieć. 

   Teraz wiem już na pewno i wcale nie jest mi z tę wiedzą lżej. A., mój przyjaciel. A. nie żyje. Czy to był jego krzyk? W głowie chaos.

- O czym teraz myślisz? – „pytał psychol”.

- Myślę o nim…

   Jakieś dwadzieścia lat temu. Siedziałem zgarbiony na krześle zupełnie tak, jakbym wciąż jeszcze nie wyszedł z knajpy. A. musiał z daleka czuć tę woń alkoholu. Już wówczas mógł mnie udupić. Wymagający skurwiel. Świętoszek, dla którego zasady stanowią priorytet. Kawał chuja. Tak o nim myślałem, ale któż z nas nie myśli w ten sposób o przełożonych, którzy wymagają od nas czegoś więcej. Zdążyłem nawet pomyśleć, że jestem do niczego i zasługuję tylko na ten opierdol. Jednak A. milczał i kiedy po dłuższym czasie podniosłem wzrok, nie dostrzegłem w jego twarzy cienia złości, ani nawet pogardy.

- Jesteś zmęczony. – stwierdził – Nie masz jeszcze dość?

Wciąż milczałem nie wiedząc, co powiedzieć. Przygotowany na opierdol znieruchomiałem pod jego bacznym, aczkolwiek łagodnym spojrzeniem. Zdecydowanie dostrzegłem w nim człowieka, i to nie byle jakiego.

- Nawet nie wie pan (wtedy jeszcze pan…) jak bardzo. – wykrztusiłem w końcu.

- Coś tam wiem. – A. wyjął kluczyki z kieszeni, a na moje pytające spojrzenie dodał rozkazującym tonem – Zbieraj dupę. Odstawię cię. Doprowadź się do porządku i odpocznij, punkt 5 stawiasz się u mnie. Trzeźwy.

- Ale…

- Jakie, kurwa, ale. Już.

- Mój samochód…

- Pojebało go, kurwa. – mruknął – Nie pociągnę cię do odpowiedzialności. Robię to pierwszy i ostatni raz, pamiętaj. Ale nie przeginaj, kurwa, za kółko ciebie nie puszczę.

Jak powiedział, tak uczynił. Nazajutrz zgłosiłem się punktualnie. Przez długi czas zgłaszałem się codziennie. Nie raz go jeszcze wyzwałem w duchu od skurwieli, kiedy katował mnie treningami, jednak dyscypliną przypomniał mi o czymś bardzo ważnym. Nie muszę być taki, jak ojciec.

                Później… Straciłem Wojtka, moją miłość. Znajdowałem się daleko od domu i w środowisku, któremu nie miałem prawa pokazać jak bardzo cierpię. Jasne, czasem krążyły o mnie plotki, zwłaszcza wśród tych, dla których teraz ja byłem skurwielem – jednak nigdy nikt nie mówił o tym wprost, a i ja nie miałem ochoty zwierzać się na temat życia prywatnego. A. znowu pojawił się na horyzoncie. Wiedział, choć również nie nazwał tego po imieniu. W milczeniu poklepał po ramieniu. I dopiero niedawno, po latach wyznał, że przecież wie o mnie od dawna. Wystarczyło na nas spojrzeć. Nie odrzucił mnie, a wszelkie plotki tłamsił w zarodku.

              A kiedy posypało się zdrowie… Tak, pojawił się. Zaraz po pamiętnych wydarzeniach w Afganistanie już nie jako przełożony, tylko przyjaciel. Zjawiał się też później – z ofertą pracy, kiedy jeszcze się do tego nadawałem i z kopem w dupę, kiedy już się nie nadawałem. Uparcie przychodził, choć nie chciałem, by oglądał mnie w takim stanie. Na wózku, w psychiatryku. Był.

- I co czujesz? – nie dawał za wygraną.

- Ból. Kurewski ból.

***

   Pogrzeb odbył się z honorami. Na ten temat nie napiszę zbyt wiele, nie dzisiaj. Nie czułem się dobrze żegnając tak ważnego dla mnie człowieka. Spojrzenia znajomych, którzy dość nieumiejętnie ukrywali swoje zainteresowanie tym pieprzonym wózkiem bynajmniej mi nie pomagały. Po ceremonii bez słowa uścisnąłem jego żonę (bo co tu mówić) i poprosiłem kuzynkę z mężem, by mnie stamtąd zabrali. Wolałbym się schlać na umór, zamiast wracać z przepustki do szpitala. Cóż, wrócę. Dziś bardziej ze względu na obietnicę złożoną Waderze i na samego A., niż na siebie.

Opublikowano Bez kategorii | 22 komentarzy

Przepustka.

   Początkowo źródło strachu zdawało się być niesprecyzowane. Mimo podejmowania niezliczonych prób pozbycia się go, i to najlepiej raz na zawsze, czułem jak oblepia mnie swoimi mackami ze wszystkich stron. Pierwotnie przypominało to lekki dreszczyk. Taki, który niespodziewanie przebiega po ciele człowieka po to, by równie szybko zniknąć. Wkrótce jednak ogarnęło mnie zimno i nie mogły temu zapobiec nawet ciepłe promienie sierpniowego słońca. Wmawiałem sobie, że przyczyną lęku są jedynie obawy przed przyszłością oraz idącymi za nią nieuchronnymi zmianami, czy też walką, którą właśnie na nowo podjąłem. To wydawało się mieć sens, jednak w istocie pozostawało kolejnym kłamstwem.

   Z dna świadomości poderwały się i ruszyły do boju najgorsze koszmary. Wszystko to, co w chwilach ogromnego stresu zostało zepchnięte do głębokich rowów i tam też skrzętnie przechowywane pod stertą gruzów. Pragnąłem pozbyć się wszystkiego, co było jego przyczyną, zapomnieć. Lekarstwa na zapomnienie okazały się gówno warte. Co prawda lata ucieczek niemal pozwoliły mi wmówić samemu sobie, że nie pamiętam – teraz to wróciło.

   Zawładnęła mną bezsilność i zupełnie poddałem się lodowatemu powiewowi głębokiego, dziecięcego strachu. I hańby. Uczucie było na tyle potężne i realne, że stopniowo przywołało na myśl to wszystko, czego nie miałem odwagi sobie przypomnieć. Wraz z narastającą paniką obudził się w głowie huczący, doprowadzający do szału głos. Głos ojca, którego dawno wyciąłem i nie miał prawa być we mnie. Jego ścierwo powinno gnić z dala ode mnie. W miejscu, w którym wylęgł się ten potwór, grasował i zdechł. Reakcja była tak gwałtowna, że poczułem słodki posmak w ustach, natychmiast nabiegła ślina, a żołądek skurczył się boleśnie.

Nie przypomnę sobie, nie mogę.

Musisz sobie przypomnieć.

Nie powinienem, nie wolno mi…

Musisz.

Nie! Zostanę ukarany…

Musisz.

   A kiedy już sobie przypomniałem poczułem się bliski szaleństwa. Zacisnąłem powieki zupełnie, jakby mogło mnie to uchronić przed niechcianymi obrazami pojawiającymi się w głowie. Zdaje się, że mówiłem coś, łkając jak małe dziecko. Właśnie dziecko, nie mężczyzna i nie żołnierz. Po prostu dziecko. Takie, jakim byłem wówczas. Poprzez chaos bezładnych myśli oraz walenie serca odbijał się jednak cichy głos rozsądku. Na pół przeświadczony o tym, że kiedy otworzę oczy koszmar powróci, zmusiłem się do racjonalnego działania. Zgłosiłem się do psychiatry, który ulokował mnie w szpitalu. Oddział Psychiatryczny, naturalnie.

   Depresja. Lęk. A w końcu agresja. Stany, które wolałbym dzisiaj zbyć milczeniem. Począwszy od potwornego strachu, poprzez niekontrolowane wybuchy nienawiści wiążące się w izolatką, skończywszy na bardzo powolnym procesie akceptacji. Na dzień dzisiejszy jest… Zdaje się, że wciąż początek drogi, choć za pomocą leków i terapii udało się nieco wyciszyć emocje. Mimo, że oporny ze mnie pacjent, to współpraca z „psycholem” powoli postępuje. Osobiście za największy mój sukces uważam to, że odgrzebane z dna koszmary w pełni ujrzałem i nazwałem – pierwszy raz w całym moim życiu. Fizycznie znacznie lepiej. Przyznam bez bicia, że początkowo zaniedbałem ćwiczenia (komu chciałoby się ćwiczyć, kiedy pora umierać). Nie mniej jednak znowu zabrałem się uczciwie za rehabilitację i jakoś tam łażę z pomocą kul.

   W domu nadzór ze strony kuzynki. Broń skonfiskowana przez A. Cóż, chociaż nóż mam pod ręką, mogę szeroko otworzyć okno, a nawet znajdę prąd – i nie wyrządzę przy tym nikomu krzywdy (pisk psic zgniatanych w przypływie czułości nie liczy się).  Przepustka za dobre sprawowanie trwa do godziny 20:00 w niedzielę. Co dalej, nie wiem. Wszakże świr ze mnie, być może któregoś dnia postanowią mnie zamknąć na zawsze. W razie czego Wadera Was powiadomi. Dziękuję za pamięć, odezwę się kiedy znowu będę mógł.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy

Od skąpca i psychicznego lenia.

   Ogarnęła mnie pewna niemoc. Nie tyle fizyczna, co psychiczna. Skąpię słów zarówno tych mówionych, jak i pisanych. Wadera dzielnie walczy o każdy strzępek informacji wydobytych ode mnie. Od lat. Dość wytrwale, jak na wyleniałą Waderę. Cóż, miało być bez prywatnych wycieczek na blogu, ale nic na to nie poradzę, że stanowi ona dla mnie tak wielkie wsparcie. Właściwie za dzisiejszy wpis możecie jej podziękować.

   Krótki raport. Rehabilitacja w toku. Ból umiarkowany, do zniesienia przy mniejszej dawce leków, niż początkowo. Chodzę, oczywiście z pomocą kul. Są to dość krótkie dystanse – ogród zamiast lasu, jednak to i tak jest dobrze. Dalej niestety musi być wózek, na szczęście rzadko wybieram się gdzieś dalej. Zero alkoholu, jak przystało na tak grzecznego faceta, jak ja. Dawka leków „na mózg” stopniowo zwiększona + uspokajacze. O tej sferze nie chcę w tej chwili zbyt wiele pisać. W dniu wczorajszym przeżyłem spotkanie z „psycholem”. To wystarczy. Żaden z nas nie ucierpiał, jednak znowu zaczęły mi drżeć ręce. W pewnej chwili poprosiłem go o wodę, którą mi przyniósł. Podniosłem szklankę do ust dwoma rękami, aby mieć pewność, że jej nie rozleję. I wypiłem połowę jednym haustem.

   Nie poddaję się, ale czuję się zmęczony. Odwiedzającym osobom dziękuję za pamięć. I cierpliwość.

Opublikowano Bez kategorii | 18 komentarzy

Powrót.

   Czasem czuję się emocjonalnym kaleką. Kaleką wykluczonym z życia zarówno zawodowego, jak i społecznego. I jest to kalectwo gorsze niż poskładany kręgosłup, czy noga. Wieczne rozpamiętywanie tego, co było oraz brak umiejętności radzenia sobie w pełni z tym, co jest nie pozwala mi w sposób należyty odczuwać szczęścia, czy radości. Tak po prostu, zwyczajnie. A przecież ostatnie dni stanowiły dla mnie bardzo pozytywne chwile. Otrzymałem wypis. Nareszcie. Po tak długim czasie, kiedy zobowiązany złożoną obietnicą i zdroworozsądkowym myśleniem tkwiłem w szpitalu myśląc, że to jest jakieś dożywocie. Ordynator nie miał już w zanadrzu żadnego „ale”, które by mnie tam dłużej zatrzymało. Wypis do ręki, kilka postanowień i z pomocą kuzynki do domu. Jeszcze nie do lasu, choć niemal natychmiast do ogrodu. Z dala od miejskiego zgiełku, z płucami pełnymi zapachu wolności. Powróciłem do znanych kątów, do moich dziewczyn (psic), własnego łóżka, w którym sen okazał się być dla mnie nieco łaskawszy. Naprawdę bardzo za tym wszystkim tęskniłem. I chyba nawet byłem nie tyle zadowolony, co autentycznie uradowany. Tak, tak, ten Czarny ponurak mimo pewnych obaw i wątpliwości cieszył się powrotem do domu. I nawet przekomarzanie się z kuzynką i jej mężem było jakieś inne. No, przecież musiałem nieco pozrzędzić („nie traktuj mnie jak pierdolonego kalekę”, „jedź szybciej”, „musisz tyle gadać, babo?”). Ale to wszystko w dość luźnej atmosferze, może czasem z pewnym grymasem podobnym do półuśmiechu (potrafię).

   Nie jestem sam, bowiem jedno z postanowień zakładało utrzymywanie stałego kontaktu z ludźmi. Po to, bym nie zdziczał w samotności. Trzymam się tego, jednak wieczorem z ulgą witam ciszę i spokój. Wyperswadowałem im konieczność pozostawania u mnie na noc, na szczęście. Wystarczą psy i obecność Wadery. A jednak, kiedy pierwsze emocje opadły wróciło zamyślenie. Nie jakiś ogromny, wszechogarniający smutek, ale pewne przygnębienie wzbudzone powrotem do rzeczywistości. Trochę zezłościłem się z tego powodu na samego siebie. O to, że nie potrafię tak zwyczajnie się cieszyć, tylko ledwo wróciłem i już zaczynam szukać dziury w całym. Nie chcąc się temu poddać powoli ruszyłem do ogrodu. Tam też spędziłem najwięcej czasu, siedząc, całkiem wygodnie leżąc, czy też oddając się zabawie z psami. Zastanawiałem się również nad tym, czy faktycznie mogę to wszystko przerobić z pomocą „psychola” (terapeuty) i żyć w miarę normalnie. Bez wiecznego bólu i lęku, może nawet czasem z uśmiechem. Nie czuć się więcej sprowadzonym do kawałka mięsa, na którym wypala się znamię. Bez przerwy, bez gojenia się ran. Zupełnie, jakby ktoś przykładał rozgrzane żelazo sprawiając ból, do którego można w pewnym stopniu przywyknąć, lecz nigdy przestać czuć ani zapomnieć.

   Z zamyślenia wyrwał mnie „dotykacz” (rehabilitant), który nieśpiesznie zbliżył się do mnie, kładąc dłoń na moim ramieniu. Zrobił to bardzo ostrożnie. Po tylu godzinach wspólnych ćwiczeń i masażu zdążył już się przekonać o tym, jak bardzo wrażliwy jestem na niespodziewane dotknięcia. Lekko drgnąłem, nie odwracając się do niego.

- Wszystko w porządku, poćwiczymy? – zapytał spokojnie, a ja zdziwiłem się, że jest już ta godzina.

- Jasne, w porządku. – odparłem już bez namysłu – Poćwiczymy.

Opublikowano Bez kategorii | 22 komentarzy

Dystans.

   Od dłuższego czasu nie czuję się najlepiej. Zmuszam się do racjonalnego myślenia. Usiłuję ułożyć precyzyjne i możliwe do wykonania plany, które będą w stanie utrzymać mnie w ryzach. Tymczasem nie potrafię zapanować nad chaotyczną gonitwą myśli i obrazów w głowie, które wytwarza mój własny umysł. I ta męczliwa, narastająca senność.

- … a to jest Tomek. – głos M. niemrawo przywołuje mnie do rzeczywistości. Wiem, znowu M., jednak cóż począć kiedy dzielimy wspólną celę. Tzn. salę.

Dopiero teraz odwracam wzrok od okna i zerkam na gościa. Młody chłopak o wyglądzie bardzo grzecznego prymusa. Nieskazitelnie ułożona fryzura, schludna koszula, okulary nadające dość dziecinnej twarzy inteligentny wyraz. Aby uczynić zadość moim nawykom rzucam jeszcze szybkie spojrzenie na czyste paznokcie oraz przyzwoite obuwie. Porządny, choć pozory mylą. Czyżby jeszcze jeden braciszek? Zdaje się, że zbyt długo przebywam już w towarzystwie M., bo odgadł moje myśli.

- Patryk to mój kuzyn – wyjaśnia.

A jednak, rodzina. Chłopak wita się ze mną bardzo grzecznie. Bez słowa wyciągam do niego rękę. I tutaj kolejny sprawdzian – nienawidzę ludzi, którzy nie potrafią uścisnąć dłoni. I prawie warczę, śnięta ryba. Nie mówię „dzień dobry”, ale spojrzenie sąsiada zdaje się tłumaczyć kuzynowi – nie przejmuj się, on tak ma. I dobrze, niech zajmą się sobą.

Sięgam po kubek z zapomnianą kawą, która zdążyła już przestygnąć i udaję, że jestem całkowicie pochłonięty lekturą rozłożonej przede mną gazety. Przyznaję, że jest to dość przesadzony kamuflaż. Kogo byłaby w stanie aż tak bardzo zainteresować Gazeta Pomorska? Po raz kolejny odnoszę wrażenie, że podsuwają ludziom chłam. Same głupoty i absurdy odwracające uwagę od rzeczywistych problemów.

Mimo woli słyszę ich rozmowę. Matura. Wydaje mi się, że chłopak wygląda młodziej niż przystało na maturzystę. A może sam byłem takim dzieciakiem? Nie tak dawno temu Młody opowiadał mi o swoich studiach. Teraz z kolei na tapecie znalazły się maturalne przeżycia. To dziwne, jednak ogarniają mnie z początku niezrozumiałe odczucia. Brak czegoś. Żal. Nostalgia? Za czym miałbym tęsknić, do cholery?

I nagle dociera do mnie za czym zatęskniłem. W żadnym wypadku nie jest to dzieciństwo, szkoła, ani też okrutny czas dojrzewania. To ja sam, uboższy o 25, a może nawet 30 lat gorzknienia. Już wówczas żyłem z piętnem. Zawsze poważniejszy od rówieśników, pozbawiony pewnej beztroski i tej czystej, dziecinnej radości. A jednak mniej rozgoryczony niż teraz i mimo wszystko bardziej ufny w innych ludzi. To nawet zabawne, że przypominam sobie teraz zainteresowanie koleżanek, chyba tę roztaczającą się aurą tajemniczości i niedostępności. I złość kolegów, którym nie mogłem wytłumaczyć, że nie mam zamiaru odbijać którejkolwiek z nich. Wojtek mawiał, że urzekł go „przenikliwy wzrok intelektualisty ukrytego przed światem w zbroi z dystansu” (taki człowiek musiał mnie w sobie rozkochać). Nawet na początku służby wiele osób było przekonanych o tym, że pod nienagannym mundurem i zasadami kryje się wrażliwy i w gruncie rzeczy dobry człowiek. Stare dzieje. Zdążyłem się trochę zestarzeć, drogi z wieloma osobami rozeszły się ostatecznie. Na dobrą sprawę już niewielu pamięta mnie jako młodego i idealistycznego. Nawet jeśli tak jest, to widzą zmianę jaka we mnie zaszła. Reszta na ogół nie ma podstaw, aby podejrzewać mnie o krycie czegokolwiek więcej pod płaszczem chłodnego dystansu. To już dawno przestało stanowić moją ochronę. Teraz to jest część mnie, której nie sposób zdjąć i schować w szafie. Dawniej potrafiłem to zrobić. Myślę, że właśnie za tym zatęskniłem.

- Muszę iść do toalety. – jakże cenna informacja M. wyrywa mnie z zamyślenia – Tylko uważaj na tego pana, potrafi zagadać na śmierć, prawda?

To chyba ma być żart, jednak nawet nie uśmiecham się w odpowiedzi. Dzieciak natomiast patrzy na mnie zupełnie tak, jakby wolał udać się do toalety razem z kuzynem, niż zostać ze mną. Słusznie, ugryzę.   

Opublikowano Bez kategorii | 31 komentarzy

Dwa głosy.

   Deszcz rozpadał się milionami kropel. Wsłuchiwałem się w ten monotonny szmer podobny do odgłosu trzepotania tysięcy skrzydeł. I nagle pomyślałem o szumie należącym do zupełnie innego deszczu. Takim, który targa wszystkim, niby trzęsienie ziemi. Takim, który zamienia świat w piekło, a pochodzi jedynie od drugiego człowieka. Do mych uszu doszedł odległy pomruk burzy i zdawało się, że już czekam na to, co mogłoby wówczas nastąpić. Ogłuszająca eksplozja. Wzbijające się w górę języki ognia, który strawi wszystko na swojej drodze. Nic nie mogłoby ocaleć. I prawie poczułem swąd palonego mięsa.

***

   Wypłoszyłem go. Przyłożyłem głowę do poduszki, lecz sen nie przyszedł. Uciekł. Zamiast niego przybył do mnie niepokój. W nim szepty niedokończonych rozmów, niewyraźne obrazy w głowie. Rzucałem się w łóżku, kiedy odezwał się głos mojego rozsądku. Chłodny, opanowany.

To nie ma sensu. – nie po raz pierwszy zapewniał – Nie ma sensu się torturować.

Powoli podniosłem się. Cały spocony, w wymiętej pościeli. Cisza. Cholerna cisza. Wszyscy spali, tylko ja znowu szarpałem się sam ze sobą. Ile to już minęło bezsennych nocy, ile zdarzyło się nagłych zrywów z przyspieszonym oddechem, a nawet krzykiem?

Byłeś dzielny. – rozsądek nie dawał za wygraną.

Raczej głupi. – odpowiedziałem gniewnie.

Nie miałeś na to żadnego wpływu. Też mogłeś zginąć.

Poważnie? – warknąłem na samego siebie.

Czas już zrozumieć, że są takie rzeczy, na które nie masz wpływu.

Wstałem. Jak mam słuchać kogokolwiek, skoro samego siebie nie mogę znieść? Zachciało mi się palić i skierowałem swe kroki do toalety (nie będę przecież wędrował nocą gdzieś dalej).

   Zawahałem się, zanim opuściłem toaletę. Przystanąłem na chwilę kładąc dłoń na klamce. Robiąc to odnosiłem niejasne wrażenie, że ktoś lub coś znajduje się tuż za nimi. Zdawało mi się, że po drugiej stronie coś nieznacznie zaszurało. Kurwa, tylko nie znowu to szuranie. Znieruchomiałem. Natężyłem słuch, jednak przez dłuższy czas słyszałem wyłącznie własny oddech i bicie serca.

Coś tam jest. – podpowiedział jeden głos.

To niemożliwe. – odpowiedział ten drugi.

Jest tam… – upierał się pierwszy.

Co najwyżej jakiś człowiek.

Chcąc nie chcąc, nacisnąłem klamkę i otworzyłem drzwi. Ogarnąłem nerwowo całe pomieszczenie. Był tam. Stał w mroku wlepiając we mnie swoje wyłupiaste ślepia. M. jak Maszkara.

- Kurwa… – mruknąłem z ulgą i  pomyślałem, że rzeczywiście stałem się zbyt nerwowy. Cóż, przynajmniej to nie była wyłącznie moja schiza, wytwór chorej wyobraźni.

- O, też nie śpisz? – nie, kurwa, lunatykuję – Jest gorąco.

- Gorąco? – powtórzyłem z przekąsem – Co ty nie powiesz.

- Paliłeś? – pociągnął nosem.

Twoja spostrzegawczość mnie zdumiewa – pomyślałem. Jednak nie zadałem sobie trudu, żeby mu odpowiedzieć.

Opublikowano Bez kategorii | 17 komentarzy